Z końcem III roku akademickiego, w 1974 r. nastąpił konflikt z prof. Byliną, na tyle poważny, że nie na żarty obwieścił: „jak komuś Akademia nie jest potrzebna, to niech wy… – to wynocha!”. Sprawa oparła się o Radę Pedagogiczną i niesforna bohema (której nawet wojsko nie chciało na wakacyjnych obozach „przeciwatomowych”) przełknęła gorzką pigułkę podporządkowania. Zostałem jedynie ja i Książek – obaj ze stypendiami artystycznymi. Rozważyliśmy sytuację przy butelce wytrawnej Gelali, po czym zamówiliśmy w sekretariacie audiencję u Rektora. Przyjął nas chłodno, ale nasze racje już znał z pism złożonych na dziennik. Rada Pedagogiczna zebrana między innymi w tej sprawie dała nam szansę – indywidualny program studiowania i dyplom w następnym roku. Był to ewenement w dziejach uczelni, postawiono nam jednak warunek – jeśli się potkniemy lub nie zdążymy pozaliczać wykładów V roku, zostaniemy usunięci dyscyplinarnie. Podpisaliśmy cyrografy.
Zaczął się maraton bez wytchnienia, trzeba było pokonać dwa lata w 1 rok. Nie wszystkie katedry patrzyły życzliwym okiem na taką anarchię edukacji twórców. Normalnym trybem zaliczyło by się bez problemu, nawet po małym winie – teraz jednak wymagano od nas dwóch wszystkiego na piątkę, a często jeszcze więcej. Prof. Rojewski z litografii był bezwzględny – w pierwszym odruchu chciał abym zmienił specjalizację. Nie mógł na mnie nawet patrzeć. Zostałem. Ręce miałem przeżarte kwasem i całe w łuskach, a prasy stawały się gorące. Po dyplomie prof. zaproponował mi asystenturę na wydziale, zrezygnowałem jednak z tej szansy. Był zaskoczony!
Cały dyplom graficzny w formacie B-2 (kolorowy – każda odbitka to co najmniej 3 kamienie) został po dyplomie sprzedany na wystawie „młodych” w Madrycie, nawet nie wiem, w której galerii – zatem ta zakładka pozostanie pusta
.
W pracowni rzeźbiarskiej nieobecnego jeszcze Stasia Michalika zrobiłem 10 nowych, fazowanych blejtramów, nieosiągalnych wtedy na rynku – i się zaczęło, całymi nocami. Dłuta miały odpoczynek. W dzień uczelnia. Byłem wtedy bardzo rzetelnym studentem, czyhano, abym opuścił wykład. Sen zająca, kobiecość zaniedbywana. Ambicje moje zatrącały o obłęd. Sporadycznie wino przytulało jedynie na chwilę do bohemy.
Miałem jednak Muzę, kochającą jak potrafi kochać tylko matka, kochającą zaskakującymi wzlotami żarliwej kochanki – kobietę, której życie stało się inspiracją i namiętnością. Niewiele takich kobiet dostąpiło zaszczytu wsiąkania w Historię Sztuki. Miała swobodne, dziennikarskie pióro, z czasem, na emigracji do głosu doszła poezja. Rozumiała bez słów. Wspomnienia jednak są z reguły smętne, zwłaszcza, kiedy się je wypluwa na wzgórki przepadłego.
Olej Olej Ecce Homo z 1973 r. Format 155 x 110 cm. Zależało mi, aby przekaz był ludzki, a nie dewocyjny. Czytelna nachalność została zdeformowana. Fantastyczna przygoda z tłem traw – malowałem miotłą zwiniętą z witek nagich gałązek. Kielich z winem musiałem zamalować, profesor Bylina tolerował wszystko, ale nie cierpiał banału..
Tematem obrazu był „dzień wyznania” – pierwszy zgrzyt zauroczenia. Na drugim planie taniec, kopulacja żuków i agonia. Wpleciony został też w murawę ledwie czytelny monogram tego dnia. Światło na opak cieniom.
Zachował się prócz strzępów negatyw z dyplomu i kolorowa migawka z wystawy w Galerii Sztuki MDM – Warszawa, lipiec 1976. Kolor jest mocno fałszowany światłem jarzeniowym ekspozycji i możliwościami błon ORWO.
Tak wygląda dzisiaj fragment opowieści po złożeniu puzzli sieczki.
Olej „Śmierć Roślin Doniczkowych” uniknął kataklizmu, ale zaraz po powrocie z którejś kolejnej wystawy – już nawet nie pamiętam gdzie, został zdjęty z blejtramu i zrolowany razem ze szczątkami innych płócien. Tak przysnął na okres 30 lat obraz o zanieczyszczonej potędze życia mieszczańskiego.
„Brukowane Nieba” to już zalęgły smak goryczy twórczej – mogła go zagłuszyć jedynie konieczność zniekształcenia postrzegana naiwnością dziecka i – wytrawne wino.
Tematy były odpowiednikiem akademickiego stresu i przemęczenia. „Jedenasta radość Roberta” kolorystyką jest mroczna, zderzana z nierealnym światłem znikąd, światłem prześwietlenia, ponurości towarzyszą zaskakująco barwne cienie – tam dopiero, na granicach tych wartości dochodziły do głosu półtony. Każdym nowym obrazem oddalałem się od modnych tendencji na Akademii – paleta, pędzle i kobiece ciepło przynosiły ulgę (dokumentacja monochromatyczna rejestrowała czas realizacji).
„Nieść samego siebie” to częsta przypadłość młodości, bywa, że wegetuje ta cecha do końca człowieczego istnienia.
Doświadczając młodzieńczej, ale już biologicznej męskości, dominuje żywiołowe zaplatanie w negację – takie są radości tego wieku żółtodzioba.
„Teodor Dzwoniący na Anioła” usnął na 30 lat zrolowany w tubie. Kiedy go tworzyłem w 1975 r. jeszcze mgliście, ale już docierało – „kiedy tracą znaczenie słowa i przedmioty, na ziemię dla ich odnowienia muszą zstąpić poeci” (z pieśni Nowełły Matwiejewej). Jak zwykle nie miałem czasu odebrać go z magazynów po jakiejś wystawie – przez takie zaniedbanie ocalał.
Absolutna synteza tamtego okresu. „My i Oni” – malowałem jedynie Duszą, a nie gromadzoną wiedzą. Przestałem kombinować, zawładnęła realizacją czysta podświadomość, alegoria i gorąca namiętność. Pozostał nekrolog jedynie.
„Oni” – nasiąknięci niepojętym znakiem, przepojeni absurdem konieczności, w kolejce po…
Niewielki procent populacji Homo dotykał takiego żaru, jaki był naszym udziałem. To byliśmy „My”. Kochała to, co robię, a nie to, czym zarabiam – ogień jednak popieli, nie wiedzieliśmy wtedy o tym. Pozostały jedynie sznyty od noża.
Istniejący do tej pory obraz w kolekcji Tomasza Szmagiera – olej ininspirowany „Kretynką Tłują” ze „Sklepów Cynamonowych” Brunona Schulza. Pozornie nieco odbiegał od całości dyplomu, ale tak naprawdę to złudne odczucie. Fotografia właściciela.
Ocalały w archiwum olej z tamtego czasu, jedyny jaki pozostał na blejtramie. Też przeszedł swoje – zmieniał miejsca przytuleń do ściany, w końcu zabrnął na targowisko w podwarszawskich Broniszach. Automatycznie doświadczył policyjnego posterunku, aż dotarł do Sacrum jako „dziecię marnotrawne” – zatoczył wieloletnią pętlę.
Właściwie należy mu się reanimująca konserwatorka po trudach, muchach i wgnieceniach od rzuconej w mamonę szklanicy – po które dnia następnego, mimo zmęczenia organizmu będzie bardzo spieszno. Na tę chwilę bruzdy starzenia zniwelował Photoshop – narzędzie Szatana.
Malarstwu towarzyszyły kolorowe litografie w formacie nieco większym od B-2 (największe kamienne podkłady, jakimi dysponowała pracownia), pisemna praca magisterska i rysunki. Oto relikt z kolekcji Bogdana Żurawskiego – oczywiście rysowany pospiesznym pędzlem.
W dyplomie nr 3234 mam wpis – „po złożeniu egzaminu magisterskiego z wynikiem bardzo dobrym uzyskał…”. Szybko pojąłem jednak, że malowanie monumentalnych, dziwacznie figuratywnych obrazów jest jedynie kaprysem niezrozumiałej potrzeby. W Gnieździe kwiliły nowe pisklęta. Przyznane przez Ministerstwo Kultury i Sztuki po zbiorowej wystawie w Zachęcie „Romantyzm i Romantyczność” w 1976 r. roczne stypendium artystyczne dawało co prawda możliwość dalszego rozwoju, ale te pisklęta… Wystawy krajowe na Festiwalach Malarstwa Współczesnego, oraz zagraniczne – „Dziecko w Malarstwie Polskim” w Kopenhadze i na Triennale w Sofii, obie w 1980 r. – wzbogacały jedynie CV, a czas Gierka potrzebował twórców „reklamujących NOWE” i te wszelkie towary, których pozyskanie graniczyło z cudem. Czas ten miał dodatkowo wyjątkowo szczodrą rękę czerpiąc z kredytów, a ten fakt uwielbiają najemnicy.
Już w 1979 roku Gniazdo zaczęło butwieć. Nie, żeby jakieś mieszczańskie zdrady, czy inne typowe Ludzieńkom przyczyny – emocje, jakie udało nam się rozniecić, zaczęły być niebezpieczne, zapewne nas przerastały. Rodzinni psycholodzy, kuratorzy i sądownictwo było bezradne – żywioł szalał wzmagając się trwożnie. W roku 1981, po prawie 10 latach wspólnego Gniazda – było już po wszystkim. Związek przestał istnieć, pozostawiając zgliszcza i…. W spadku miałem wyzerowane swoje konto. Dorobek twórczy w większości zniszczony jęzorem noża (wszystko to co w prezentacji sepiowane lub nie istnieje) – miałem być wykastrowany z korzeni, w zamierzeniu miałem wspominając – schnąć. Zgasła wtedy ostatnia, tląca się jeszcze iskra Wielkiej Muzy.
Przypominam sobie jej plecy i ją samą patrzącą przez okno w zamglony oddech miasta, kiedy powiedziała kilka dni przed erupcją: „Nigdy już nie będziesz malował”. Uśmiechnąłem się wtedy do tych pleców ironicznie. Było jednak w tym stwierdzeniu wiele racji – nigdy już nie odkryłem swojej Duszy w malarstwie, sporadycznie tylko przemycam ślady szczerej wibracji – to nie lęk tworzy tę fobię – to bezgraniczna pogarda dla oczu patrzących, ślepych i niewidzących nic swoim ułomnym szaleństwem rodzimego zaścianka.
Oczywiście był jeszcze deser – pisklęta 4 i 6 lat. Stałem się automatycznie ojcem i matką równocześnie. Trzeba było zbudować nowe Gniazdo.
Po latach doskonale wiem, że „kij ma dwa końce”, a tego akurat scenariusz nie przewidział – wspomnienia są bolesne na obu jego krańcach, nieprzewidywalne siniaczą obydwoma końcami. Wiem też od Malcolma Lowry z „Lapisa”, że „bez względu na to, w co kobieta gra, niezależnie od tego, czy wie o tym, czy nie – zawsze z mężczyzną wygra”.





















