Panta Rei
Znajomy przedsiębiorca kamieniarski Ryszard S. zaprowadził mnie na jeszcze ciepłą mogiłę profesora Romana Aftanazego na Cmentarzu Powązkowskim. Rok jest zatem 2004. Nieboszczyk miał jedno tylko życzenie w temacie „Kresu”, aby na mogile zaistniał przypisywany Heraklitowi zwrot „Panta Rei” (wszystko płynie) – tyle było wiadomo na pewno. Wyzwanie nie było łatwe, zatem pan R. bez mrugnięcia okiem przełknął zwiastun honorarium, stęknął jedynie znacząco i poszedł.
Otoczenie pochówku zaskoczyło mnie. Stałem samotnie z puszką piwa i powoli zaczynała mnie inspirować synteza „Kadru” na mogile reżysera Kieślowskiego. Wiedziałem bardzo ogólnie co nieboszczyk Aftanazy dokonał dla kultury polskiej… i… doznałem przebłysku, rozjaśniło się nagle. To najdoskonalsze ludzkie uzależnienie (nieuleczalne) zabrzmiało w oddali, ale już je dostrzegłem. Mogłem przystąpić do projektu. Temat całkowicie zdominował doczesność i zaczęło wszystko płynąć.
Kamień istniał tylko jeden w naturze, który mógł podołać meandrom pragnienia – ciemnoszara Impala. Materiał ten w szlifie wygląda jakby był pomalowany matową farbą, w polerze zaś nabiera laserunkowej głębi indygo, która oczy wsysa niemalże. Daje to fantastyczne możliwości malarzowi, który kocha obrabiać kamień.
Rozpływający się manuskrypt był jedynym hołdem godnym tego zmarłego, wielkiego historyka. Kropelka utworzona iluzją napięcia powierzchniowego nie potrzebowała już nawet komentarza, stało się wszystko oczywiste…
Zaczęło jednak fermentować i to fatalnie – dzikimi drożdżami. Starły się fascynacje i zwykły polski niedostatek. Rodzina zmarłego skłóciła się wewnętrznie, wykonawcy pragnęli paru groszy i oferowali swoją giętkością jaskrawe oszczędności.
Życie napisało własny, bezwzględny scenariusz – projekt powędrował „do szuflady”.



