Epizod zainicjował nowy ajent. Kawiarnia przy naszym związku ZPAP w Warszawie w latach 90-tych wrzała perspektywą nowej szansy, z mordowni twórczej zgryzoty mogła przeistoczyć się w schludny i tani lokal, z giełdą pracy jednocześnie. Ajent był pełen zapału i w nim właśnie ulęgła się myśl upiększania. W swej handlowej, nowoczesnej szczerości zapragnął na szybach wylepić abstrakcję jakąś, „może koła i trójkąty” – sugerował. Mimo, że pragnienie swoje kierował w samym jądrze ula warszawskiego artyzmu – chętnych na taką ekshibicję nie było. Pieniądze też okazały się skromne wielce, jak to na starcie. Wyzwanie niosło jednocześnie elementy przewrotne, a wszystko pod pręgierzem środowiska twórczego. Zmora nudy popchnęła mnie w stronę pierwszych rysunków w roku pańskim 1996.
Mając świadomość, że sala jest jednocześnie wystawową – przeciwstawiłem wykształconej sztuce przez duże „S” czyste kategorie dekoracji, tyle że uczciwie pojętej. Temat narzucał się samoistnie –„Artysta i jego pracownie”. Jedynie wzloty talentu w wypowiedzi wielbiłem na przezroczystym podłożu. Rodzimy artyzm „nadążający” za trendami tamtych czasów nie był w stanie konkurować swą awangardową swobodną i abstrakcyjną deformacją z moim światłem agresywnego, figuralnego przedstawienia na przeciwległej ścianie lokalu. Perfidia zawarta była też w samej kolorystyce – ja folie „Aslan” nie naklejałem zwyczajem dekoratorów, tylko zestawiałem jak malarz, często z czterech nakładów transparentnych, unikając bezpiecznej wypowiedzi „na pochodnych”. Krytyki namnożyło się wiankiem dookoła. Przybyło mi wrogów, ostatnio gwałtownie osamotniałem – oni wymierają.
„Paleolit”
Przechadzkę po twórczym sacrum rozpocząłem od homo sapiens kromaniońskiego. Zmieszałem w jednym tyglu Afrykę i Europę – groty Tasilli i Zabaren przeplatają się warkoczem z Lascaux i Laussel. Tę ostatnią reprezentuje Paleolityczna Wenus z rogiem obfitości – płynnej oczywiście. Element pojemnika na płynny talent (luby twórcy) towarzyszyć będzie mistrzowi w każdej jego pracowni.
„Antyk”
Rzeźbiarz dłutem wgryza się w hermę, za chwilę odkuje element ityfalliczny. W gościnie obecny Apollo, opiekun artystów z nieodłączną lirą, ale w kobiecym przebraniu. Na skraju pracowni zawsze chętne Muzy. Wino już opróżnione, waza milknie w gruzie antyku i poczekać teraz musi na archeologów przez całe stulecia.
„Średniowiecze”
Jedyna chybiona kreacja. Dziś bym zabrnął w benedyktyńską miniaturę, w nieskazitelnie męską i habitem okrytą ascezę elitarnego skryptorium, która jak każda atmosfera sztuki ocierała się o dostępne wówczas pokusy. Zapewne kierunek wypowiedzi zdominowała próżność, kiedy na tarczy rycerskiej utrwalała prywatny mój gmerek. Ech… ta dojrzała, niepoprawna młodość.
„Secesja”
Falowanie wewnętrznej niemocy zawsze dręczyło szczere tworzenie… i… to pobudzenie urokiem kobiecego ciała. Przypływy i odpływy namiętności, które całkowicie dyskryminują każdą linię prostą.
„Abstrakcja i nowa figuracja”
Czas buntu. Mrozi i fascynuje nowoczesna kobiecość „Panien z Avignon” Picassa, Braque geometryzuje organikę, a płynne metafory Arpa wdzierają się w świadomość. Bunt osacza artystę, artystę seryjnie „multiplikującego”, rozdartego czerwoną komuną lat siedemdziesiątych, twórczo „instalującego”. Pojawia się nowe, już oficjalne narzędzie – aparat fotograficzny sycony błonami Orwo z NRD… i rodzimy bunt ubrania – zapylony przez hipisów „ziemi obiecanej” i barwiący szarzyznę. Sztukę zaczyna zatruwać czad wyścigu „zaskakiwania” odbiorcy. Tak naprawdę to nostalgiczny portret tamtego czasu, kiedy żółte buty powodowały zajadłą plwocinę przechodniów.
„Schyłek wieku”
Modernistyczny Le Corbusier wytycza ostateczne standardy, stające się estetycznym alfabetem. Aksjomaty zniewalają twórców, postrzeganie powszednieje, natomiast owoc Macintosha powtarzalnym Rajem kusi. Lalucha też kusi swoim tatuowanym udem, a przede wszystkim ceną… Kłębiące niebo bilbordów – pustych oczywiście, bo i tak nikt nie czyta tego natłoku szyldziarstwa. Pojemnik osiąga nową formę – puszka piwa, wytwór zjawiska Koncernu śmiało konkuruje z mistyczną, zamorską Coca-Colą, (również „konserwą”).
Ostatnie dwa przedstawienia, właściwie niewidoczne, bo za barem, były hołdem dla sponsora o imieniu Lucky Strike i o reklamowym zapachu reliktu poprzedniego stulecia (wedle życzenia). W prezentacji są pominięte. Natomiast poszczególne szyby szklarz przycinał do formatu 180 x 150 cm i 180 x 43 cm.
Prawie cztery lata kuła w oczy moja nielojalność do środowiska, posądzano mnie nawet o kpinę. Zapewne obie gościły w całej retrospekcji postrzeganej załzawionym okiem.
Sam lokal dość płynnie przeistoczył się odwieczną amplitudą w enklawę rozpaczy do białego świtu, ocierając biesiady o formy demoniczne, a szczera idea ajenta roztrzaskała się dramatycznie o barwną rafę warszawskiego „talentu”. Widmo bankructwa pojawiło się na „wyciągnięcie dłoni”. Nastał tym samym czas nowego ajenta, nieufnego już do twórców, mimo że w ich gnieździe się zalęgł. Menu stało się nieosiągalne dla kieszeni przeciętnego estety. Szyby chełpią się od tej chwili przezroczystym, nietykalnym tabu. Oczywiście wiszą tam na ścianach jakieś estetyczne realizacje „na topie”, ale są wielce obojętne rzadkim gościom. Wszystko jednak wróciło do bezpiecznej i nijakiej normy.





