„Mandylion” – rok 2007.
Tym razem inicjatorką była moja niedoszła teściowa, matka Muzy Ewy. Wyznawała prawosławie i miała gdzieś w podlaskim krajobrazie kwaterę rodzinną.
Pojechałem na ten wiejski cmentarzyk – tradycyjne „nic” ujrzałem.
Ewa jednak inspirowała po kobiecemu. Sięgnąłem zatem do apokryfów i oblekłem pomysł w najtańszy, krajowy kamień strzegomski w duchu ikony. Pochówki były już dwa, niedoszła teściowa Wiera miała tam zlec jako trzecia przy swoich rodzicach.
Miejscowi sąsiedzi zbaranieli i nie mogli słowa wykrztusić, ale tamtejszy kamieniarz zaczął nawet głos podnosić. Projekt wstępny cuchnął cmentarnym bluźnierstwem.
Skołowano bezradną kobietę i ostatecznie zapewne powstanie tradycyjny standard wioskowej estetyki. Taka jeszcze jedna multipla spod kamieniarskiej krajzegi.
Lapidarium potknięć twórczych i konfrontacji z naszym zaściankiem jest o wiele bogatsze, ale nie chodzi o upajanie się doczesnością, jeno o maleńki sygnał.



