Biuro architektoniczne „APAKA” zaprojektowało kaplicę na Starych Powązkach.
Miałem w tym skromny udział – dostosowałem koncepcję do możliwości realizacyjnych w kamieniu z podziałem na płytowanie i kanelunki. Zrobiłem też rysunki wykonawcze dla kamieniarzy.
Po słusznej korekcie zaistniała wizualizacja.
We wnętrzu koncepcja projektantów przewidywała płaskorzeźbę. Podjąłem się wyzwania i zaproponowałem – inspirowanego antykiem „Anioła Przeznaczenia”. Kierunek Modemity mój „antyczny” pomysł odrzucił. Figuratywność nowoczesną nie jest. „Żadne literackie metafory” – jasno wytyczono kierunek projektowania.
Mniemam, że umiejętność tworzenia sztuki figuratywnej ostała już się jedynie w „podziemiach” awangardy, której podołać mogą nieliczni, z tą różnicą, że nie tylko odwagi tu trzeba i talentu, ale jeszcze rzetelnego rzemiosła.
Oto fragmenty korespondencji z pracownią architektoniczną „APAKA” :
„ … płaskorzeźba z formą jakiejś wariacji na temat krzyża, która to forma wyniknie z zastosowanego materiału, jego uformowania, użylenia, faktury, koloru? – w tym musi być pomysł” „….musi być bardzo powściągliwa i ascetyczna” – takie oto było przesłanie pani prof. Kuryłowicz z dnia 26 marca 2007 roku.
Zaproponowałem krzyż, który ma perspektywę nierealną, wynikającą jedynie z nacięć płaszczyzny (po kamieniarsku). Jest formą przestrzenną i płaską jednocześnie. Pragnąłem osiągnąć tą iluzyjną deformacją swoisty „skręt” wypaczony w niepokój, choć to tylko dwa skrzyżowane elementy, czyste, bez ozdób. Rysunek był praktycznie niewykonalny – bo nieczytelny, dopiero model ujawniał transcendentną prawdę przekazu.
W jarzmie krzyża wyciśnięty jest ból głębokimi wgnieceniami tragedii szarpiącej się na osiach gwoździ.
Jak w Całunie Turyńskim – tylko negatyw, a właściwie jego fragmenty, tyle, że w moich pieczęciach bólu może być i wielokrotność palców.
Wgniecenia są agonalne.
Trzy jamy po gwoździach wyznaczają obszar bólu literą V, to jednoznaczna zapowiedź Victoria. Pod krzyżem porzucona trójca kutych pokrzywionych nieco gwoździ.
Zaproponowałem odlew w brązie „trzypiątkowym”, patynowany „grynszpanem”, gwoździe rdzawo czarne. Przez intensywność patyny, jej zaciemnienie i sczernienie na konkretnych płaszczyznach osiągałem iluzję przestrzeni, bo światło w kaplicy nie było w stanie nic modelować. Malarska iluzja nie jest przypadkowa, dyplom ASP mam z malarstwa właśnie.
Tablice upamiętniające zmarłych umieściłem na ścianach bocznych, tych z dyskretnym światłem sączącym się przez drzwi.
Zbudowałem makietę kaplicy w skali 1 do 5. W dziennym, rozproszonym południowym świetle patrzyłem na interesującą mnie ścianę przez wziernik. Natężenie światła wewnątrz różniło się w granicach 3 – 4 przysłon aparatu fotograficznego w stosunku do warunków zewnętrznych. Dużo. Ściany boczne swą bielą dodatkowo rozpraszały natężenie luksów tworząc nierealną, bezcieniową sytuację. Ściana pod krzyż ciemniała nieco po bokach i pod stropem w granicach 1 przysłony. Wnętrze zatem było stosunkowo jasne, ale bezcieniowe.
Warunki, których doświadczyłem wnikając do wnętrza automatycznie narzuciły zasady postępowania w celu „udoskonalenia dzieła” (24 kwietnia). Forma musi być maksymalnie rozjaśniona u góry. Faktura bardzo leciwego drewna ma prawo brzmieć tylko na dole, góra krzyża gładka, co wzbogaci iluzję przestrzeni. Żłobienia, nawet dość głębokie spłowieją w warunkach kaplicy. Należy wydobyć je laserunkowym przenikaniem dwóch patyn – „grynszpanu” i „wątroby”, bacząc jednocześnie, aby nie zagłuszyć wartości metalu. Grubość krzyża, co do której były zastrzeżenia zniwelowałem nasyceniem krawędzi – ów kontrast w stosunku do lica „odchudził” optyczne wrażenie.
Pozostał natomiast otwarty problem przygłuszenia dramaturgii odcisków rąk. Ponoszą mnie emocje i to za sprawą światła właśnie. Jedno było pewne dla mnie, gwoździe ujarzmiały dłoń, a nie – co faktycznie miało miejsce – były wbijane w przegub („szczelinę Destota”). To hołd dla tradycji i stygmatyków, nawet jeżeli mija się z prawdą.
Miałem ogromny niedosyt pracując fragmentami i przedstawiając realizację w fotografiach uwypuklone bocznym (kłamliwym) światłem. Każde przesunięcie, choćby o 5 stopni budowało zagłębienia inaczej, prowokując korekty układu. Zamierzenie rozmijało się z efektem przez oświetlenie konieczne do fotografowania, a poszukiwanie owej „doskonałości”, którą ostatecznie stworzy i tak malarstwo nieco demolowało mi nastrój i po raz kolejny uczyło pokory. Mniemałem, że problem przestanie istnieć podczas pracy całościowej w skali 1 do 1, zwłaszcza, że forma nie jest duża i można tworzyć ją w pionie, a odejście na odległość 2 metrów i korekty z tego wynikłe wyciszą dramaturgię na rzecz owej doskonałości.
Projekt został odrzucony, a właściwie „APAKA” zamillkła.
Przykro mi niezmiernie, że nie spełniłem jednego i jedynego postulatu architektów – musiałem zabrnąć w „literackie metafory”, przed którymi zostałem ostrzeżony, ale Chmiel ma skazę – musi być autentykiem, niezależnie od akceptowanych trendów doczesności i ukształtowanych nimi odbiorców, niezależnie od pieniędzy. Dusza moja jednocześnie została zainspirowana, a rewiry Czystej Sztuki był Katharsis leczącym tamten czas. Jestem wdzięczny prowokacji.








