You are currently viewing Crucyfix

Crucyfix

 

Biuro architektoniczne „APAKA” zaprojektowało kaplicę na Starych Powązkach.

01

Miałem w tym skromny udział – dostosowałem koncepcję do możliwości realizacyjnych w kamieniu z podziałem na płytowanie i kanelunki. Zrobiłem też rysunki wykonawcze dla kamieniarzy.

Digital image

Po słusznej korekcie zaistniała wizualizacja.

DCF 1.0

We wnętrzu koncepcja projektantów przewidywała płaskorzeźbę. Podjąłem się wyzwania i zaproponowałem – inspirowanego antykiem „Anioła Przeznaczenia”. Kierunek Modemity  mój „antyczny” pomysł odrzucił. Figuratywność nowoczesną nie jest. „Żadne literackie metafory” – jasno wytyczono kierunek projektowania.

Mniemam, że umiejętność tworzenia sztuki figuratywnej ostała już się jedynie w „podziemiach” awangardy, której podołać mogą nieliczni, z tą różnicą, że nie tylko odwagi tu trzeba i talentu, ale jeszcze rzetelnego rzemiosła.

 

Oto fragmenty korespondencji z pracownią architektoniczną „APAKA” :

„ … płaskorzeźba z formą jakiejś wariacji na temat krzyża, która to forma wyniknie z zastosowanego materiału, jego uformowania, użylenia, faktury, koloru? – w tym musi być pomysł” „….musi być bardzo powściągliwa i ascetyczna” – takie oto było przesłanie pani prof. Kuryłowicz z dnia 26 marca 2007 roku.

04

Zaproponowałem krzyż, który ma perspektywę nierealną, wynikającą jedynie z nacięć płaszczyzny (po kamieniarsku).  Jest formą przestrzenną i płaską jednocześnie. Pragnąłem osiągnąć tą iluzyjną deformacją swoisty „skręt” wypaczony w niepokój, choć to tylko dwa skrzyżowane elementy, czyste, bez ozdób. Rysunek był praktycznie niewykonalny – bo nieczytelny, dopiero model ujawniał transcendentną prawdę przekazu.

DCF 1.0

W jarzmie krzyża wyciśnięty jest ból głębokimi wgnieceniami tragedii szarpiącej się na osiach gwoździ.

DCF 1.0

 

DCF 1.0

Jak w Całunie Turyńskim – tylko negatyw, a właściwie jego fragmenty, tyle, że w moich pieczęciach bólu może być i wielokrotność palców.

DCF 1.0

Wgniecenia są agonalne.

09

Trzy jamy po gwoździach wyznaczają obszar bólu literą V, to jednoznaczna zapowiedź Victoria. Pod krzyżem porzucona trójca kutych pokrzywionych nieco gwoździ.

Zaproponowałem odlew w brązie „trzypiątkowym”,  patynowany „grynszpanem”, gwoździe rdzawo czarne. Przez intensywność patyny, jej zaciemnienie i sczernienie na konkretnych płaszczyznach osiągałem iluzję przestrzeni, bo światło w kaplicy nie było w stanie nic modelować. Malarska iluzja nie jest przypadkowa, dyplom ASP mam z malarstwa właśnie.

Tablice upamiętniające zmarłych umieściłem na ścianach bocznych, tych z dyskretnym światłem sączącym się przez drzwi.

Zbudowałem makietę kaplicy w skali 1 do 5. W dziennym, rozproszonym południowym świetle patrzyłem na interesującą mnie ścianę przez wziernik. Natężenie światła wewnątrz różniło się w granicach 3 – 4 przysłon aparatu fotograficznego w stosunku do warunków zewnętrznych. Dużo. Ściany boczne swą bielą dodatkowo rozpraszały natężenie luksów tworząc nierealną, bezcieniową sytuację. Ściana pod krzyż ciemniała nieco po bokach i pod stropem w granicach 1 przysłony. Wnętrze zatem było stosunkowo jasne, ale bezcieniowe.

Warunki, których doświadczyłem wnikając do wnętrza  automatycznie narzuciły zasady postępowania w celu „udoskonalenia dzieła” (24 kwietnia). Forma musi być maksymalnie rozjaśniona u góry. Faktura bardzo leciwego drewna ma prawo brzmieć tylko na dole, góra krzyża gładka, co wzbogaci iluzję przestrzeni. Żłobienia, nawet dość głębokie spłowieją w warunkach kaplicy. Należy wydobyć je laserunkowym przenikaniem dwóch patyn – „grynszpanu” i „wątroby”, bacząc jednocześnie, aby nie zagłuszyć wartości metalu. Grubość krzyża, co do której były zastrzeżenia zniwelowałem nasyceniem krawędzi – ów kontrast w stosunku do lica „odchudził” optyczne wrażenie.

Pozostał natomiast otwarty problem przygłuszenia dramaturgii odcisków rąk. Ponoszą mnie emocje i to za sprawą światła właśnie. Jedno było pewne dla mnie, gwoździe ujarzmiały dłoń, a nie – co faktycznie miało miejsce – były wbijane w przegub („szczelinę Destota”). To hołd dla tradycji i stygmatyków, nawet jeżeli mija się z prawdą.

Miałem ogromny niedosyt pracując fragmentami i przedstawiając realizację w fotografiach uwypuklone bocznym (kłamliwym) światłem. Każde przesunięcie, choćby o 5 stopni budowało zagłębienia inaczej, prowokując korekty układu. Zamierzenie rozmijało się z efektem przez oświetlenie konieczne do fotografowania, a poszukiwanie owej „doskonałości”, którą ostatecznie stworzy i tak malarstwo nieco demolowało mi nastrój i po raz kolejny uczyło pokory. Mniemałem, że problem przestanie istnieć podczas pracy całościowej w skali 1 do 1, zwłaszcza, że forma nie jest duża i można tworzyć ją w pionie, a odejście na odległość 2 metrów i korekty z tego wynikłe wyciszą dramaturgię na rzecz owej doskonałości.

 

Projekt został odrzucony, a właściwie „APAKA” zamillkła.

Przykro mi niezmiernie, że nie spełniłem jednego i jedynego postulatu architektów – musiałem zabrnąć w „literackie metafory”, przed którymi zostałem ostrzeżony, ale Chmiel ma skazę – musi być autentykiem, niezależnie od akceptowanych trendów doczesności i ukształtowanych nimi odbiorców, niezależnie od pieniędzy. Dusza moja jednocześnie została zainspirowana, a rewiry Czystej Sztuki był Katharsis leczącym tamten czas. Jestem wdzięczny prowokacji.

 

 

Dodaj komentarz