You are currently viewing Czasomierz

Czasomierz

Rok 2004. Nieco przydławił mnie problem. Nowa aranżacja rozległego mieszkania na warszawskim Żoliborzu, tworzona kilka miesięcy w imię iskrzącego się optymizmu Mecenasa W. – utknęła nagle. Nie uchodziło pozostawić nowego przyjaciela i podążyć w piaski pustyni, mimo karlejącego czasu do odlotu w „ciepłe kraje”. Na pewno by mi to wybaczył, ale…

Salon z barkiem i trasami wypoczynku, oraz „zakąszaniem” był praktycznie gotowy. Pozostawało niemalże pozamiatać. Gotowa też była intymna część Nowego Gniazda. Brakowało łącznika! Fizycznie istniał korytarzem ledwie rozświetlanym koszmarem zielonej „luksfery”, ale ten element demolował przyjazność salonu. Musiał jednak istnieć, bo nie sposób zlec w błogości idąc po omacku grozą wąskiej ciemnicy.

Problem panoszył się po obydwu stronach ściany działowej. Na zewnątrz miał być harmonijny, przyjazny i estetycznie spójny, jednocześnie dopominał się o status lampy w korytarzu. Rozgrzałem klawiaturę

 

bilbord 123 x 123

Ścienny zegar!

Tworzyłem dodatkową koleinę w formacie 123 x 123 cm. Nie ukrywam, że z pomocą ruszyli przyjaciele uzupełniając szczątkową wiedzę… ja „klekotałem” szlifując ów czasomierz. Metafora? Zapewne, zwłaszcza, że ten gnomon nigdy nie pozna pieszczoty słońca – ale zabrzmiała we wnętrzu. Wykonawcą przeźroczystości był wiarygodny przyjaciel – dinozaur W. Matusiak i prężny syn jego, architekt Tomasz – do dzisiaj wartko rozwijająca się firma kontakt@xart.pl, Wał Miedzeszyński 200A. Sztucznemu oświetleniu podołali bez problemu.

W sudańskim piachu otrzymałem od mecenasa dodatkowy przelew po zabłyśnięciu owej „lampy” i to we właściwej walucie. Ucztowała dnia tego cała Misja, a i pozostało jeszcze sporo na prywatną okrasę tamtej, zaschniętej rzeczywistości.

 

Dodaj komentarz