Matka mojego Syna, Gabriela Chmiel, z którą przeżywałem amplitudą wspaniałe wzloty i egzaltacje, a często ekonomiczne niedobory egzystencji – osiadła w Holandii. Prowadzi tam własną firmę konserwatorską Kunstrestauratie Gabriela. Nazwa demoniczna dla słowiańskiego ucha, ale dla Holendra brzmi wręcz wdzięcznie.
Rok 2009. Wyzwanie niełatwe i być może to było główną inspiracją. Drugim czynnikiem zapału stał się wiadomy stosunek ludności rdzennej do napływających emigrantów – zwłaszcza Polaków.
Pobudziłem ambicję. Pracowałem nad logo w „ciężkiej” rozdzielczości – bo Gaba chciała też banner na kościelne rusztowania.
Finezję opracowywanych liter ułatwiała duża jednostka piks/cal. Klawiatura też okazała się wyjątkowo chętną.
Sygnet (pieczęć) z monogramem wynikał automatycznie z koleiny jaką stworzyłem. Oranż starego złota w zestawieniu z sepią okazał się dla holenderskiej estetyki wielce powabny. Konkurencja autochtonów zaróżowiła się z zazdrości. Wspaniałe honorarium dla Polaka.
Bilbord długi na 300 cm musiał być zachwiany dodatkową informacją, jednak Gaba znała moją pogardę do plewiącego się powszechnie szyldziarstwa i ograniczyła się jedynie do kontaktu.
Tego roku wspólnie z całym Gniazdem Chmieli Matka mojego Syna spędziła święta w Polsce.



