Rok 2007. Zmarł Piotr Kuncewicz, utalentowany pisarz, poeta, wielki erudyta, prezes Związku Literatów Polskich, mason i Wielki Mistrz Wielkiego Wschodu Polski. Mimo znacznej różnicy wieku łączyło nas wspólne zamiłowanie w rewirach Sztuki. Wdowa odszukała mnie, realia były typowo kryzysowe, ale Piotrowi należało się godne i szczere upamiętnienie. Kwatera okazała się już zasiedlona na Cmentarzu Wojskowym w Warszawie i ciasna… Nieboszczyka skremowano.
Inspiracją było rapsodium żałobne Tadeusza Kwiatkowskiego – Gugow poświęcone pamięci zmarłemu przyjacielowi, a z którego wyrwałem czterowiersz (przesycony szczerością) o tym niezwykłym człowieku, który nas opuścił ciałem.
Cały nagrobek miał docelowo przyjąć sześć dusz. Nie udało się zaadoptować nieużytku pod drzewem na indywidualną pamiątkę o Piotrze w formacie urnowym 1×1 metr. Zapewne miała w tym udział powszechna rozbieżność między możliwościami a kosztami. Projekt należało zatem ścieśnić.
Pierwszą korektę wprowadzili kamieniarze. Znałem kaprysy materiału i uwagi wykonawcy przyjąłem z pokorą, bo też z szacunku nie tykały duszy, a wynikały z zawodowego doświadczenia.
Powstały rysunki wykonawcze i następna wizualizacja. Peleryna miała być w odlewie z żeliwa, patynowana wątrobą (taki odlew jest tani i nie atrakcyjny dla hieny cmentarnej).
Reakcja środowiska literackiego była demoniczna. Ocenzurowano epitafium i zaistniał ostatecznie żenujący, martwy banał pośmiertny, co automatycznie usunęło bezpowrotnie młodopolską pelerynę, której zapewne wielu zazdrościło Mistrzowi, a może wręcz nie rozumiało…
Emocje najbliższej rodziny przesycał rozdźwięk. Ostatecznie zmutowano hołd w młynku dekadencji, ale oszczędności okazały się jaskrawe, a nawet radosne. Wtopiły te zabiegi mogiłę w bezpieczną monotonię kwater cmentarnych – wyssana z mlekiem matki samoobrona pod sztandarem jednakowości odniosła kolejny tryumf – i to w środowisku artystycznym. Tak się właśnie amputuje jadem pestycydów współczesności nasze prawdziwe korzeni i zastępuje protezą.





