You are currently viewing Przedział pierwszej klasy

Przedział pierwszej klasy

 

Nasz kraju zastygł mroźnym chłodem lutego w roku 2009, kiedy z moim przyjacielem Jurkiem Lubachem (reżyserem) i jego kamerzystą uwiliśmy tymczasowe Gniazdo na piaskach Sahary. Po 75 dniach krecich wykopów cała misja archeologów wróciła do Polski.

Zostałem sam, zaistniałem wyłącznie prywatnie. Niebawem dołączyła do mnie dwuosobowa ekipa TVP 2, na którą oczekiwałem w Chartumie.

DCF 1.0

Film miał być o „Zstąpieniu do nubijskiego piekła”, producent prywatny. Sudańskie zezwolenia na realizację pochłaniały łapczywie budżet. W pierwszym zamyśle obaj pragnęliśmy dokumentu fabularyzowanego, realia finansowe unicestwiły do szczętu wszelką fabułę, dobrze że nie demolowały nic więcej, poza komfortem.

Z misyjnego konserwatora przeistoczyłem się nagle w aktora naturszczyka.

Od początku szło „jak po grudzie”. Mój organizm zaczął się buntować, sypałem się (kończył się właśnie trzeci miesiąc tego piekarnika). Jurka ścięła natychmiast malaria, nabyta w 1999 roku podczas kręcenia „Matki Boskiej Pustynnej”. Wlokłem się z trudem chwiejnie do Niego, aby narzucić na tę dygocącą stertę białka jeszcze jeden śpiwór…

Scenariusz też się sypał, policja z troską działała wedle oficjalnej instrukcji i z czystej ciekawości.  A czasu było niewiele bo i środków finansowych zwieźli chłopcy mniej niż minimum, właściwie na potrzeby jednego eremity. Wizy wyznaczały nieubłagany kres przedsięwzięcia. My ledwo powłóczyliśmy nogami.

Buntował się nasz kierowca, wyłuszczając nawet sensowne powody swojego wylegiwania pod palmą i pragnął choć śladu ustalonego honorarium. Żywiono nas na tzw. „zeszyt”. Nie pozostawało nic innego jak czekać, przeczekać… a właściwie tylko poczekać.


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nerwy nasze naciągnęły się ponad wszelką wytrzymałość. Mózgi paraliżowała panika, my czekaliśmy jednak w drętwocie niemocy. „Nigdzie drogi ni kurhanu…”, a co dopiero mówić o leku ukojenie przynoszącym dwóm zapomnianym fanatykom, błąkającym się w tym bezkresnym piachu…

Ale panaceum było… niespieszne. My też byliśmy… cierpliwi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W dwie godziny mokry od potu zrobiłem chłodnicę w kuble w obiegu zamkniętym, acz dolewanym. Miałem awaryjną paczkę gorzelniczych drożdży dwudziestoczterogodzinnych (do malarskiego spoiwa), dałem im możliwość orgii w błękicie baniaka. Kolumna rektyfikacyjna selekcjonowała ciężkie frakcje. My czekaliśmy w bryzgach pustoszącej gorączki… w całkowitym milczeniu, tylko nasze oczy jeszcze niespójnie bełkotały.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

…no i skapnęło słuszną mocą. Nie było potrzeby zalewać daktyli i czekać. Czysta forma musiała dać ulgę porównywalną z orgazmem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ugryźliśmy „skorpiona” jednym haustem tego jadu… Scenariusz filmu nagle się nieco rozwidnił… Dniało!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dniało niezaprzeczalnie.

Staliśmy się zajadli.  Niepoprawnie w siebie ufni, to zaś pozwalało zejść do tej filmowej otchłani. To nic, że bez przewodnika z gwiazd czytającego, to naprawdę obojętne, że bez pieniędzy. Sami mieliśmy żar gwiazd w sobie i w czareczkach dłonią grzanych ten żar ostateczny. Byliśmy nieskończonym kosmosem!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Oto fatamorgana.

Dwóch desperados na schyłku – ja wtedy 59 lat kończyłem, Jurek 54… Wkoło Islam, prohibicja, piach i jego namolne robactwo, policja węsząca skrupulatnie… a wszystko oszalałe w piekarniku 37 stopni Celsjusza, zasoby zaś nasze pomieścić można było w zaciśniętej dłoni.

Dokonało się jednak. Efekt nie był może porażający, ale jeszcze raz zatańczyłem z pędzlami po ścianie, a cyklopie oko kamery Mateusza rejestrowało chłodno… i Jurek zapominał na planie o dygocie zimna w tym uschniętym upale.

Przenieśliśmy wielkiego Mistrza z X wieku do nieśmiertelności 25 minutową migawką. Mistrza bezimiennego, którego historia sztuki bizantyńskiej zna tylko z tego jednego, niewiarygodnego malowidła, a które to demoluje aksjomaty akademickie. Powstał zupełnie niezły dokument kuchni malarskiej i szczerej pogoni za prawdą.

Desperacja… zapewne. Dokument ten jednak następnego roku zdobył Grant Prix na Film Festival w Batumi. Zdobył, bo się nie bał.

Bywa, że zadaję sobie pytanie, czy warto było wtedy zdychać, zstępując do tego nubijskiego piekła? Nic nie jest przecież bezkarne, zwłaszcza, że organizm zaczyna mi to coraz częściej udowadniać… No i co z tego!

Dodaj komentarz