Bunt zaćmiewał dokonania twórcze licealisty. Naiwna Dusza – nawet desperackie „wzloty” nic jeszcze nie ujmują z jej dziewictwa.
Poznawałem światłocień – w filarach rozkroku podglądaczy. Zaczynałem kochać Światło.
„Ni dnia bez kreski”. Zaborczy narkotyk… a te dziewczyny.

Pierwszy w życiu plener latem 1968 roku. Jurę Krakowską – Częstochowską przeszedłem z rozkładaną sztalugą i teczką B-2. Spałem po stodołach, a za poczęstunek zostawiałem rysunki… a ten smak bimbru łagodzony chłodem zsiadłego mleka…
Drugi plener, gamy i pasaże. Uodparniałem się w zderzeniach z realiami – deptałem przecież już własną koleiną. Pojmowałem wtedy jedynie naturę, a nie rzeczywistość w jakiej żyłem.
Każdą wolną chwilą dokumentowałem; pęczniała teczka rysunków i malarstwa.
Włóczyłem się z psem i tobołkiem po peryferiach Stolicy. Warszawa Zachodnia, siedzę na dworcu, na teczce B-2, obok koc i pałatka od deszczu. Za plecami kłębią się tamte realia…
Dotarło wreszcie. Zrozumiałem, dlaczego studia są dla mnie niedostępne i wcale nie chodziło o „wyż” – wstręt do realizmu uczelni ASP, pamiętającej mroczną grozę Socrealizmu musiał mnie pomijać. Trzeba było ugiąć karku, poszukać w naturze interpretacji Nowo-figuratywnej, realizm pozostawiając dla dociekań studyjnych. Nowa ścieżynka była prawie nieczytelna. Brak publikacji i reprodukcji – istniały powszechnie jedynie albumy (cenzurowane) z Ermitażu i nasi wielcy typu Matejko – po omacku trzeba się było rozeznać w tej ciemnicy.
Ukradkiem powracałem do swojego przymusu autentyku – do natury, którą kochałem – a Ona mi się odwzajemniała rozkoszą.
Uparcie analizowałem przyrodę, poznawałem skróty przekazu, uwielbiałem wiatrem rozczochrane i mokre w strugach deszczu. Światło było moim wymagającym nauczycielem. Uczyłem się widzieć, a nie tylko patrzeć.
Zbliżał się czas następnego podejścia na ASP. Istniały już na składzie do wyboru modele i portrety, migawki przyrody – brakowało spojrzenia w realia doczesności, namacalnego autentyku.
Egzaminem osiągnąłem maksimum punktów z przedmiotów praktycznych. Dwóch tego roku wspięło się na to apogeum. Zabrakło jednak jednego punktu… za długi czas upłynął od matury i nie to pochodzenie. Zostałem jednak przyjęty z tzw. „miejsca rektorskiego”.
Nastał zatem czas bohemy.
Bunt zaćmiewał dokonania twórcze licealisty. Naiwna Dusza – nawet desperackie „wzloty” nic jeszcze nie ujmują z jej dziewictwa.
Poznawałem światłocień – w filarach rozkroku podglądaczy. Zaczynałem kochać Światło.
„Ni dnia bez kreski”. Zaborczy narkotyk… a te dziewczyny.
<https://chmiel.daifuku.pl/wp-content/uploads/2011/09/05-Ojcow-1968-B-2.jpg”>
Pierwszy w życiu plener latem 1968 roku. Jurę Krakowską – Częstochowską przeszedłem z rozkładaną sztalugą i teczką B-2. Spałem po stodołach, a za poczęstunek zostawiałem rysunki… a ten smak bimbru łagodzony chłodem zsiadłego mleka…
Drugi plener, gamy i pasaże. Uodparniałem się w zderzeniach z realiami – deptałem przecież już własną koleiną. Pojmowałem wtedy jedynie naturę, a nie rzeczywistość w jakiej żyłem.
Każdą wolną chwilą dokumentowałem; pęczniała teczka rysunków i malarstwa.
Włóczyłem się z psem i tobołkiem po peryferiach Stolicy. Warszawa Zachodnia, siedzę na dworcu, na teczce B-2, obok koc i pałatka od deszczu. Za plecami kłębią się tamte realia…
Dotarło wreszcie. Zrozumiałem, dlaczego studia są dla mnie niedostępne i wcale nie chodziło o „wyż” – wstręt do realizmu uczelni ASP, pamiętającej mroczną grozę Socrealizmu musiał mnie pomijać. Trzeba było ugiąć karku, poszukać w naturze interpretacji Nowo-figuratywnej, realizm pozostawiając dla dociekań studyjnych. Nowa ścieżynka była prawie nieczytelna. Brak publikacji i reprodukcji – istniały powszechnie jedynie albumy (cenzurowane) z Ermitażu i nasi wielcy typu Matejko – po omacku trzeba się było rozeznać w tej ciemnicy.
Ukradkiem powracałem do swojego przymusu autentyku – do natury, którą kochałem – a Ona mi się odwzajemniała rozkoszą.

Uparcie analizowałem przyrodę, poznawałem skróty przekazu, uwielbiałem wiatrem rozczochrane i mokre w strugach deszczu. Światło było moim wymagającym nauczycielem. Uczyłem się widzieć, a nie tylko patrzeć.
Zbliżał się czas następnego podejścia na ASP. Istniały już na składzie do wyboru modele i portrety, migawki przyrody – brakowało spojrzenia w realia doczesności, namacalnego autentyku.
Egzaminem osiągnąłem maksimum punktów z przedmiotów praktycznych. Dwóch tego roku wspięło się na to apogeum. Zabrakło jednak jednego punktu… za długi czas upłynął od matury i nie to pochodzenie. Zostałem jednak przyjęty z tzw. „miejsca rektorskiego”.
Nastał zatem czas bohemy.





























