Dzieje Apostolskie 8,27-31, według Św. Łukasza.
„Chrzest Eunucha”, olej 120 x 100 cm, rok 2006.
Biblijne wersety Św. Łukasza starając się przeniknąć w XIX wiek natychmiast przywołały odległe wydarzenia na pustynnych bezdrożach między Jerozolimą a Gazą.
Św. Filip diakon (jeden z siedmiu powołanych przez Apostołów) zainspirowany w śnie przez Anioła wyrusza na pustynię, nie za bardzo wiedząc po co, ale wierząc wielce. Wzbijając stopami gorący obłok duszącego pyłu spotyka na tej przeklętej przez karawany jałowiźnie orszak etiopskiego (po prawdzie meroickiego, a więc północno-sudańskiego, a nie abisyńskiego) dostojnika, zwanego w tekście rzezańcem (pierwotnie opiekun łoża), zarządcę wszelkich dóbr królowej Kandaki. Etiopski mąż stanu przed spotkaniem czytał (albo mu czytano – tak jak i dziś specjalizacja) Księgę proroka Izajasza, znośnym czyniąc w ten godny pochwały sposób koszmar pustynnej podróży. Męczyło go jednak to, że nijak nie mógł z tego przekazu nic pojąć, a traktował siebie w kategoriach światłej elity. W czasie dalszej, już wspólnej podróży Św. Filip wyjaśnia metaforyczne sformułowania w Księdze, objawione proroctwem o przyszłej męce Chrystusa. Finał spotkania miał miejsce w pierwszej napotkanej oazie (na pustyni wodę trawi się za, a nie przed źródłem) i tam nastąpił tą drogocenną kroplą chrzest etiopskiego dygnitarza zafascynowanego mocą i szczerością słów kaznodziei. Od tego momentu, zamglonego nieco bardziej efektownymi wydarzeniami epok, aż po dzień dzisiejszy północno-zachodni rejon Afryki zwany obecnie Etiopią (starożytni nazywali tak wszystko sczerniałe od słońca nie zależnie od regionu) jest chrześcijańska. Jest chrześcijańska tym autentyczniej, że obrzędy i misteria nie były tam filtrowane według potrzeb epok i regionalnych konieczności, są zatem jedynym na świecie reliktem ortodoksyjnych religijnych praktyk Średniowiecza.
Owym eunuchem jest konkretna postać (wuj zamawiającego), autentyczny XIX wieczny Książe etiopski. Ręka jego trzyma rodową i do dzisiaj istniejącą koronę.
Będąc tak znaczącą postacią musiał być otoczony zaufaną świtą przyboczną (nawet kiedy sikał). Musiał więc też nastąpić miesiąc studiów historycznych, a penetrowanie archiwów po raz kolejny nauczyło mnie pokory i po raz monotonnie następny zafascynowało. Wszystkiemu (kolejny warunek) patronuje lew (od zamierzchłych czasów herb tych regionów) swą grzywą dekorujący włosianą skrętlinę na ludzkiej głowie i futrzanym odzieniem pokonanych zwierząt zdobiący torsy gwardzistów. Patronuje też zdarzeniu, a wszystko wzorem europejskich wizerunków Madonny w obłokach na malowidłach bitewnych.
Podstawowym wymogiem całości był „klimat akademizmu”. Takie było przesłanie zamawiającego, notabene też księcia (chyba ostatniego), żyjącego obecnie w Deutschland – oczywiście ze skrupulatnych oszczędności rodzinnych.
Ponad dwieście godzin trwał taniec pędzli po niewielkiej scenie formatu 120 X 100 cm. Długo, bo też balet się potykał – zakwasy. Jawiło się to raczej jako szacowny koncert galowy grany na wilgotnej, dopiero co wystruganej fujarce z wierzbiny, która to, na przekór rozsądkowi śmiała naśladować smyczki i resztę orkiestry, dyrygenta nie wykluczając. Mozolny też okazał się klimat „akademizmu” (podstawowy warunek zamówienia) zwłaszcza w wydaniu ucznia rodzimych mistrzów Modern Art i Ekspresjonizmu Abstrakcyjnego.



