Bez prywatnego dziennika trudno jest umiejscowić w czasie „To” dawno przepadłe. Któż dzisiaj jednak prowadzi takie notatki? Pamiętników nikt nie czyta i nie dziwota, że nikt ich nie pisze. Teraz nazywa się to blog, który komentują nudzący się znajomi. W wydarzeniach o charakterze naukowym muszą istnieć konkretne dokumenty i raporty, wystarczy cierpliwie pogrzebać i (z pomocą przyjaciół) weryfikuje się zawodne domniemania.
1990 – Hambukol (Sudan) – Misja Royal Ontario Muzeum z Toronto, kierowana przez dr K. Grzymskiego. Był to mój pierwszy kontakt z malarstwem ściennym chrześcijańskiego królestwa Makurii. Nie wiedziałem jeszcze, że organizm mój wchłonął nieuleczalny „zarazek”, zapewne za blisko przytuliłem się do kolorowej ściany…
1993 – Stara Dongola (Sudan) – Misja Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej UW, kierowana przez dr S. Jakobielskiego. Z racji zawodu i nabytych umiejętności na ASP zajmowałem się dokumentacją malowideł – arabską motyką kopacza (turyją) wydzieranych kwarcowej hałdzie. Konserwatorem wtedy była Ewa Parandowska, a archeologia wgryzała się w rozległy kompleks Klasztoru Św. Trójcy (kom H), który wtedy był monstrualną górą piachu.
1994 – Stara Dongola – ta sama misja, ale tym razem muszę przejąć funkcję i odpowiedzialność konserwatora. Kiełkować zaczyna bezwzględna namiętność, która swą mocą owładnie zaborczo, aż do sił opadnięcia. Tegoż roku pierwsze seminaria: w Muzeum Narodowym w Warszawie i na II Ogólnopolskiej Konferencji Nubiologicznej Gdańsk – Gniew. Poznałem pieszczotę tremy… rolę (przygotowany referat) wygłaszałem ledwie żywy – właściwie nic nie wiedziałem.
1998 – coroczne pobyty na wykopaliskach w Sudanie pod bezpiecznymi skrzydłami dr S. Jakobielskiego i w niezapomnianej aurze kraszonej doświadczeniem jaką rozniecał dr B. Żurawski przeformatowały moją miastową osobowość – pokochałem pustynię. Winien jej byłem teraz po męsku… Jednocześnie już biegle czytałem to, co jest pod barwnym nakładem malowidła, a nie tylko to, co oczy postrzegają po wierzchu. Przygotowanie miałem zawodowca – zatem tego roku z pomocą finansową Muzeum Narodowego w Warszawie, a konkretnie dyrektora tej placówki prof. W. Godlewskiego (archeologa znającego z autopsji realia Afryki) dokonało się. Nie byłem świadom, że wyjąłem wtedy okruch z fundamentu góry lodowej, ale stało się…
W Pracowni Konserwacji Malarstwa Ściennego Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, pani Maria Rogo, wówczas mgr chemii, przeprowadziła kolejne badania makuryckich próbek. Tym razem jednak nie z zasypu, jak to miało miejsce w 1995 roku, tylko pobranych ze środka malowidła… tych, które na pewno zawierały spoiwo. Coroczne referaty na sesjach osiągnęły nagle naukowy cokół. Dawne aksjomaty kruszały. Powoli zmieniało się nazewnictwo technik malarskich w archeologicznych publikacjach.
1999 – afrykańska Wigilia w Starej Dongoli. Choinkę z Guru Jakobielskim zrobiliśmy z tamaryszku, ozdobami był inwentarz z wykopalisk. Dodałem też naprędce Szopkę do świątecznego wystroju – karteczka wewnątrz wieści: „zaraz wracamy”.
Doświadczenia przybywało co roku, uczyłem „młodych”, ale zaistniała potrzeba skondensowania dotychczasowej wiedzy konkretnym tekstem. Coroczne referaty nie spełniały tego zadania. Po powrocie z Sudanu opracowałem materiał. Nudne to dla normalnego odbiorcy, przesycone slangiem naukowym, terminologią malarską, wzorami chemicznymi, średniowiecznymi receptami – właściwie niezrozumiałe. Prawdziwą kuchnię pojmuje się smakiem z talerza i to postawionego na czystym obrusie. Materiał „o zapachach kuchni” nie został opublikowany. Rękopis pt: „Tajniki tygli malarskich średniowiecznych mistrzów chrześcijańskiej Nubii” poznało jedynie środowisko nubiologiczne i kilku konserwatorów… tak pozostało do dzisiaj.
2001 – wyjazdy na Saharę stają się piątą porą roku, referaty i seminaria drugą rodziną.
Po powrocie z Afryki rodzi się zbiorcze opracowanie już dokonanego w tamtych piaskach. Drożdżami stała się „Bibliotheca Nubica et Ethiopica” prof. Piotra O. Scholz, owocem zaś dr Stefan Jakobielski i jego misjonarze – powoli mocy nabrała albumowa publikacja „Dongola – Studien”. Opracowaniem graficznym klekotała moja klawiatura i jej skróty w symbiozie z „myszą”.
W wolumenie tym, w tłumaczeniu na język niemiecki, po troskliwej korekcie wielkiego erudyty Scholza, jednocześnie z właściwymi przypisami i tym razem oficjalnie ukazuje się tekst pt: „ Mittelalterliche Maltechniken der nubischen Wandmalerei”. No cóż, może ze dwóch Polaków to czytało…
2003 – miesięcznik „Archeologia Żywa” Nr 2 (26) w całości poświęcony jest tajemnicy minionego czasu. Starożytność nubijskiej pustyni jak wydma pochłania stronice tego numeru – Dongola, Kadero, Bir Nurayet. Galopują jeźdźcy pustyni… Tam też po raz pierwszy dla polskiego czytelnika unosi się kurtyna znad zapiaszczonych tygli malarskich chrześcijańskiej Sahary. Długo strzygłem, aby zaistniała gładka pigułka do przełknięcia, pozbawiona jednocześnie dręczącej instrukcji, której zazwyczaj się nie czyta. Najlepszymi nożycami okazał się wielki erudyta, pracownik naukowy Instytutu Historii PAN – Wojciech Brojer. Dobrze mieć przyjaciół.
2009 – Banganarti – Misja Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej UW, kierowana przez dr Bogdana Żurawskiego to moje ostateczne „pożegnanie z Afryką”. 19 kampanii w tej rozgrzanej pieszczocie piasku, najwyższa pora odejść i nie blokować drogi młodym entuzjastom. Tym razem na przeprawie przez Nil nie wrzuciłem do rzeki monety…
19 lat – a ślad mikroskopijny. No cóż – nie byłem pracownikiem PAN, nie byłem etatowy w ZAŚ-PAN, jedynie jako „wolny najmita” reprezentowałem okresowo UW, nie skorzystałem też z dwóch propozycji nauczania na ASP, doktorat mnie nie kręcił – szans nie miałem na grant konserwatorski z KBN… ale miałem mnóstwo czasu na Gniazdo i lęgnące się w nim pisklęta, oraz na przepiękną kochankę swoją o imieniu Sztuka.
2010 – tym razem rodzime, polskie wykopy – Misja Wyższej Szkoły Humanistycznej im. A. Gieysztora w Pułtusku kierowana przez archeologa Daniela Gazdę – zamek krzyżacki w Radzyniu Chełmińskim. Piękny obiekt, wielokrotnie rozbebeszany, ale powabny pod łopatą. Powróciły ciepłem jesiennego monsunu profile i przekroje w wilgotnych wykopach, pragnienie dotarcia do calca, teodolit i niwelacja, hałdy ceramicznych skorupek datujących warstwę, zaropiałe rdzą żelastwo, czasami moneta… a po – konserwacja metalu i komputerowe opracowanie dokumentacji rysunkowej. Wieczorami nowa literatura przedmiotu.
Nieuleczalny bakcyl.






