You are currently viewing Piaszczysty krzak gorejący

Piaszczysty krzak gorejący

Wszyscy śnią. Ci, którzy śnią w nocy, w najmroczniejszych zakamarkach umysłu, budzą się rano z przekonaniem, że były to jedynie majaki. Są jednak i tacy, którzy śnią za dnia, i ci są niebezpieczni, gdyż – nierzadko – z otwartymi oczami odtwarzają swe senne marzenia ¹.

Przytoczyłem ten cytat, aby nie gmatwać realiów pojęciami artyzmu… po prostu bywają tacy ludzie, a ja mam właśnie tę szczególną skazę. To ona uczyniła ze mnie stwora, zwanego powszechnie twórcą, uczyniła na przekór doznawanym realiom, na przekór zdrowemu rozsądkowi, na przekór rodzinie, którą bardzo kocham, a na koniec na przekór mojemu ciału, które nie wytrzymuje ostatnio przeżyć udręki i ekstazy doznawanych wzruszeń. Otrzymałem zew snu na jawie i takim opuszczę ten świat. Nie umiem inaczej.

T. E. Lawrence, Siedem filarów mądrości; tytuł utworu o powstaniu arabskim zaczerpnięty został z Biblii, Księga Przypowieści IX,1: „Mądrość zbudowała sobie dom, wyciosała siedem filarów…” Cytat przytoczony z pamięci.

Susza jest żywiołem niewyobrażalnym. Pergaminowe zwłoki traw rozpadają się zgodnie z bezwzględnym prawem nieistnienia w absolutnej pokorze ciszy. Krzaki złocą się z rzadka martwym suszem niedobitków, a ich rozczochrane gałęzie w panicznej rozpaczy kulą swe nagie istnienie do rozpalonej ziemi, jakby ze wstydu. Całkowita agonia. W południe nawet cień się ukrywa. Wiatr też poczuł respekt i wstrzymał oddech. Furia martenowskiej temperatury. Grunt trzeszczy, bezładnie posiekany gęstwą siatki głębokich pęknięć, w których cień przycupnął zatopiony w niesłyszalnym skowycie zamierającej ziemi. W tej orgii oszalałe powietrze mami wzrok, ocierając percepcję o obłęd i halucynacje. Kamienie poruszają się w drgawkach. Czasami któryś pęknie z hukiem. Wyglądają jakby żyły, słyszę je… Temperatura piasku puchnie jazgotem pęcznienia i zmusza do biegu. Wszystko faluje na strunach nierealnego. Oddech skwierczy w rozpalonych płucach, ale milknie, docierając do zmaltretowanych, pozbawionych czucia ust, jakby ciężki żar się nim karmił. Cisza druzgocąca. Ptactwo chyba zapadło się pod ziemię. Słuch łaskocze, w skołatanych zmysłach tylko monotonne stękanie furii ognia. Skóra ludzka skrzy się liszajami soli z odparowanego potu i pęcherzami poparzeń. Wilgoć sączy się niemrawo ze spękanych warg – słodka wilgoć organizmu, jedyna w tym piekle. Robactwo, zastygłe w trwodze, przywarło do szczelin. Można jedynie oblizać wargi… bólu się nie czuje. Zatraca się istnienie. Wzrok oszalał. Słowo traci brzmienie. Sens również zamarł. Zwłaszcza sens pragnienia ciepła… Pełznę… Myśli więdną… Żądze pozwijały się w zeschłe wióry…

Leżę na patelni piachu, za chwilę nastąpi samozapłon. Przeciwstawiam mu gorączkę. Nie bardzo wiadomo, kto kogo praży bardziej. Wilgoć pozostała tylko w oczach. Cienie na piasku tańczą, ścierwojady krążą. Właśnie resztką tej wilgoci zobaczyłem ją – białą, chłodną, w odległości pół metra od głowy… filiżankę. Gorączka wyrównała temperaturę, ręce dźwignęły ciało, za moment spojrzę w jej dno. Cienie ptaków to błogie migawki chłodu. Jeszcze chwila i wreszcie mam jej wnętrze – wody pełna. Dwie ryby mają w niej tarło. Widzę narodzenie. Dodałem tam ostatnie krople swojej wilgoci. Oczy wyschły do nicości absolutu ….

Pustynia Bayuda. Wiek XIX jeszcze szanował jej prywatność. Kto dał radę przeżyć na tej jałowiźnie, był nad wszystkimi, zwłaszcza gdy przywlókł ze sobą zbrojnych. Więcej tu kamienia niż piachu. Latem ten żywioł potrafi się rozgrzać tak, że spłoszone gazele pustynne konają, mając upieczone nogi. Można je obrócić, jeśli się noża nie ma, wtedy krócej to będzie trwało. W oczy zwierzęciu lepiej nie patrzeć. Nóż jest jednak zawsze i kij. Koczownicy Kababisz z plemion Bedża wędrują dodatkowo z mieczami.
Idę. Drogę zastępuje mi wędrująca wydma. Wysoka na dwadzieścia metrów. Powinienem oszczędnie gospodarować swym potem, ale wejdę na nią „od ogona”.

Może z niej zobaczę ostaniec i płachetkę cienia. Wodę mam jeszcze w bukłaku; w małym jagnięciu przenicowanym sierścią do wewnątrz. Bukłak zawsze mokry, woda zawsze chłodna. Jeśli się zagrzeje, ameba pustoszy. Odwodnienie pewne.

W dole pod stopami ułożone z kamieni prośby arabskie. Ludzie muszą być blisko. Wydma niebawem sierpami swojego księżyca pochłonie układane przez nich napisy, pochłonie je moc agresywnych drobin. Wtedy spełni się… Allach zadba o to. Na horyzoncie widzę biały dom i ciemny liszaj ogrodów palmowych… Za półtorej godziny będę wśród życia. Tu nawet muchy nie ma… Synteza ciszy. Słychać tarcie obłości piachu… Zjadę po tej zjeżdżalni jak dziecko… spieszno mi, więc siadam i… czuję, że coś zgniotłem… Wstaję i nożem piach rozgrzebuję, aby nie zbudzić erekcji skorpiona… Nie do wiary, jaka moc w mrowiu tych drobin… zawlokły go aż na szczyt…

Długi na stopę. A jednak w tym piekle żaru nie oparł się rdzy. Na końcu rękojeści brak obręczy… Urwać się musiał. Wolność zwęszył? XII wiek, co najmniej. Przedislamski. Namioty zamyka się workiem. Lepianki na akacjowy skobel… Taki klucz otwiera twierdze, skryptoria i biblioteki… taki klucz otwiera najświętsze wiary… Strudzonym nogom dodam ciężaru, teraz pójdziemy razem, znowu będziemy z ludźmi.

Zaczyna wiać. Chała szegit – silny wiatr. Koncert okrutny i piękny zarazem. Rano wypróżnię się piachem. Oczy znowu będą ropieć. Ręką dotykam klucza w kieszeni… pieści opuszki palców swoją chropawością. Coś na pewno otwiera. Ja otwierać umiem…. On też.
Ale wieje… pustynia piaskową spódnicę zadarła… Kusi. Wyjmę aparat foto, mogę go za siebie rzucić…

05

Palmy, rozczochrane dłonią wiatru jak ja; kochanka je zmierzwiła swym podnieceniem. Patrzę w oczy drzew, niebo przez filtr pyłu zmieniło barwę . Daktyle, zahaczone jeden w drugi misterium pazurów, pragną dojrzewać… a nie być w piachu bezpłodną pestką… zgniłkiem zaledwie. Grono stawia opór.
Nie idę już, wiatr mnie niesie. Lewituję. Ludzi jeszcze nie ma. Skryci. Robactwo też. Nas tylko dwóch, ja i klucz… i Ona, oszalała. Piachem jak zębami piły od razu by cię na pył roztarła. Przytul się tylko, zwabiony taką namiętnością… W jej biodra wrastasz. W bezkres nabrzmiały zatraceniem…

Pierwsze domy i niewola piachu – tylko bezrozumne zostało. Ludzie poszli do szałasów. Bezrozumne i tak będzie zjedzone. Może woli pustynię, gdzie w piaskach mądrość się zapodziała? Może uczyć mi się przyszło…

Na drugim planie bieli się uśmiechem szczerba domu. Wzrusza mnie ten widok domostwa, wejścia zasypane – piach wypełnił także środek izb… Cisza. Dzieci nie ma. Pobekują zwierzęta, a więc śmierć jeszcze nie całkowita…

Nagle powitanie milczeniem zdziwienia. Będzie wspaniałą kobietą. Pomalowane paznokcie. Jej spojrzenie uwięzło w moich włosach… W jej oczach czerń z błękitem się miesza. Nic nie chce – może nie jest dzieckiem?

Kto z pustyni przychodzi, jest bratem. Dom mu oddają. Powitaniem wody łyk. Buty należy zdjąć, muchy szaleją podniecone zapachem. Kobiety gotują bobik – bób pastewny, o poranku rewolucja wnętrzności pewna. Lekarstwem wódka, florę bakteryjną pustyni w trzewiach hoduję, ale niszczę zarazę systematycznie. Coś za coś w końcu. Błogie misterium porannej ulgi, gdy much trzy warstwy dźwigam. Czarny obrzęk chwili, ruchliwy – ale mam przecież bramę spodni.
W oazę wchodzę.

„Ulica” dwa metry pod piaskiem. Uczę się stąpać inaczej. W ogóle to jestem głupkiem po studiach. Wszystkiego się uczę. Właściwie uczę się jednego – być. Podwórka dwa metry niżej, piach wyrówna z czasem różnice i dom cały zabierze. Postawi się wtedy nowy. Piękne. Tego właśnie się tam nauczyłem…

Pierwsze pojawiają się dzieci. Są ich mrowia. Zawsze kojarzyły mi się z muchami – namolne, bezładnie bzyczące, dręczące doskonale. Zwabia je ciekawość i przyjemność widzenia, druzgocąca monotonne cykle życia w oazie. Oczywiście będą domagać się prezentu, nawet szarpać za ubranie, abym zwrócił na nie uwagę…

Są już dorośli, za chwilę błogość cienia domostwa. Chłód glinianej izby. Kobiety już zaparzyły herbatę. Wszyscy w osadzie nagle wiedzą – przybył chaładzia – przywiany z wiatrem; chała to wiatr.

Dawno nie miałem takiej ambrozji w ustach, czuje się miętę, ale co tam jeszcze dodały te kobiety, tylko Allach wie. Wszyscy piją z mlekiem i pół na pół z cukrem. Częstuję papierosami. Palą wszyscy, nawet podrostki wyciągały ręce. Dziesięć sztuk papierosów jest równe dniówce robotnika – za te pieniądze wyżywi siebie, dwie żony i dziewięcioro dzieci przez trzy dni. Natychmiast wzbudziłem zaufanie. Otrzymam teraz wszystko, wszystko… prócz kobiety. Zapach żarcia zniewala zmysły. Czas umyć ręce i stopy, opłukać twarz. Mężczyźni się modlą, kobiety nie muszą. Siedzę w skupieniu, złożyłem ręce, patrzę w ziemię… czuję obserwujące mnie oczy…
Jemy w osobnej izbie razem z gospodarzem i jego dorosłymi synami. Dostałem nawet łyżkę, którą zabrano z podwórka, przerywając zabawę dziecku. Jem jednak tak jak oni, tylko prawą ręką; lewa przeznaczona do innych czynności. Tym gestem budzę szacunek. W duchu modlę się, aby któryś z biesiadników nie miał dyzenterii. Mam ze sobą garść gungules – owoców baobabu. Najwyżej będę je ssał, to uspakaja biegunkę.
Jedna wielka taca pośrodku, na niej wszystko… rąbanka barania, bób, fasola, cebula, pomidory i Bóg wie co jeszcze, z chałwą i daktylami włącznie. Nieodłączna kisra, zakalcowaty podpłomyk, daleki krewniak naleśnika. Trzeba go rwać ręką i jego kawałkami nagarniać jedzenie jak łyżką. Woda do popicia, jedno naczynie przekazywane z rąk do rąk.

Znowu herbata, tyle że już z połową wsi.
Mężczyźni osobno.

Tłumy w izbie. Wszystkie oczy wlepione we mnie. Źrenice filmują każdy szczegół mojego ubrania. Nóż muela wisi mi u boku, To prawie maczeta – ostrze ma długość trzydziestu sześciu centymetrów. Chłopcy oczu nie mogą od niego oderwać, szeptem komentują…

Wszyscy pytają na raz. Muszę kłamać, nie pojmą, że nie wiem, dokąd idę. Chcą pomóc. Delikatna sprawa, mogę urazić. Proponują wielbłądy i przewodnika. Wiję się jak zraniony żmiją „pięciu kroków”, tyle bowiem możne przejść po jej ukąszeniu. Gospodarz wyczuwa napięcie, syn jego bierze do ręki dambur… Instrument pochodzi od antycznej greckiej lutni, choć patrząc na dzieło tutejszych pustynnych rzemieślników trudno się tego domyśleć.

Dziewczyny rzucają zalotne spojrzenia…

Z opresji wybawia mnie hafla – święto – oraz instynkt gospodarza. Nastał czas zabawy. Chaładzia zapamięta gościnę…

DCF 1.0

W czasie posiłku zapalono bachur – kadzidła. Na bieli ubrań ostały się tylko niedobitki much …

DCF 1.0

Pół osady świętuje, tańczą mężczyźni, potem już wszyscy razem, nawet dzieci. Gospodarz przechodzi sam siebie. Znika na dobrą chwilę. Mały posłaniec wyciąga mnie z izby gestem; palcami wdzięcznie zgarnął powietrze. Wszyscy i tak wiedzą. Jest już dla wędrowca daktylówka, niech w prohibicji muzułmańskiej poczuje smaczek aragi – bimbru… Niech zapamięta.

Już rozbłysły lampy naftowe. Pora snu. Wędrowiec dostaje izbę i angareb! – łóżko, którego konstrukcja nie zmieniła się od czasów faraońskich. Przykryciem cienka bawełniana płachta. Na łóżku wyplecionym z traw koc stary, ale czysty, gwarancja, że pcheł nie ma. Gospodarz stoi z lampą. Ja zdejmuję koszulę… Czuję jego rozszerzone oczy. Sparaliżowały go moje amulety. Mam ich sześć na lewym bicepsie. To eriki – korzenie, chroniły nawet przed celnikami. Gorsi są niż skorpiony. Na piersi mam skórzaną tubę z wersetami Koranu. Moje imię tam, ojca i dziadka mojego. W pasie, na plecionym rzemieniu trzy skórzane torebki – hidzaby. Gospodarz uśmiecha się. Teraz wie, dlaczego nie boję się pustyni. Allach pozwoli.
Poszedł na spoczynek. Lampę zostawił.
Kładę się. W majakach powróciła góra – Dżebel Kularu. Światło lampy przywołało obraz. Było to o zmierzchu – czterdzieści kilometrów od legowiska, na którym spocząłem.

DCF 1.0

Tam go znalazłem. Sięgam po niego, w dłoni obracam. Kamienia okruszek. Czysty neolit… W polskich gablotach nie widziałem tak pięknego. Ile lat ma to wspaniałe narzędzie – 5000? Mogło powstać i 9 000 lat przed naszą erą. Wielkie jest, mieć musiało drewniane drzewce, zespolone z ostrzem ścięgnem zwierzęcym. Straszna broń w sprawnych rękach. Narzędzie świetnie zachowane. Niedawno ujrzało światło dzienne, może przed stu laty zaledwie… tysiąc lat państwa polskiego, niewykluczone, że w ręku trzymam jedenaście wieków.

DCF 1.0

Zasnąłem. Snem pustynnego zwierzęcia… ale – już nie jestem sam, oczu jeszcze nie otwieram, ręka podświadomie zaciska kamienne ostrze… światło zgasło, ktoś wyszedł…

Pożegnanie z oazą trwało dobrą godzinę. Zapas papierosów stopniał o połowę. Jeszcze jedna herbata… pośpiechu przecież nie ma. Idę, ostatni cień palmy żegnam. Czuję mały niepokój, niosę na plecach czyjś utkwiony wzrok. Jeszcze chwila, a oddech słyszę. Odwracam się. Chłopiec biegnie, kij w ręku trzyma. Zdyszany, dwoma palcami dotyka kciuka; daje znak – „poczekaj”. Wszystkimi palcami porusza wdzięcznie jak wiatr przybrzeżnym sitowiem. Idę za nim skrajem ogrodów palmowych. Nie pada żadne słowo. Trzeba przeskakiwać kanały. Już widzę starego. Powitanie. Pamiętam go z tłumu. Obaj prowadzą mnie skrajem palmowego cienia, nic nie mówimy.

18

Kilkanaście domostw w ruinie, za nimi cmentarz muzułmański. Gubby grobowe sterczą dumnie, jak termitiery. Krajobraz niemalże księżycowy. O nic nie pytam – zaczyna się gra… Stajemy przed resztkami domostwa. Deszcze dawno temu rozmyły całe gniazdo w kikuty błota, dach szczątkowy, słońce oświetla wnętrze. Czas wziął w swoje posiadanie znój człowieczy, zaprosił termity i armię piasku na ostatnią biesiadę…

19

Wchodzimy do wnętrza.
– Tu się urodziłem – oznajmia stary i zaczyna zgarniać piach przy kikucie ściany.
Do glinianej polepy około metra, chłopiec mu pomaga. Ze szkieletu powały zwisają plecione z trawy pasy, kiedyś były jarzmami dla naczyń. Obok rozbitej lampy naftowej kikut, sterczy z piachu fragment maty znającej pacierze, tu niecki skorup glinianych naczyń, obok drewniana misa – gadacha – uczta termitów… Wszystko tak, jak ludzie zostawili. Nikt niczego nie ukradł. W islamie za złodziejstwo obcinano prawą rękę. Ostatnią odjęto przed zaledwie trzydziestu laty. Pamięć przetrwała. Muchy zwietrzyły ludzki pot, drugiego papierosa kończę w milczeniu.
Wydobył nareszcie. Z worka wyciąga, szmaty odwija… Miecz mi podaje. Widziałem ich setki. Kuje się je do dzisiaj ze starych resorów. Widziałem nawet nomadów kababisz – miniaturki dla chłopców. Kiedy sześciolatek przechodzi pod opiekę mężczyzn, dostaje miecz i codziennie sześć daktyli, jeśli bieda wielka. Posiłek musi wyłuskać z piasku – szarańcza i jaszczurki… Pochwa ledwo się trzyma, wysunąłem klingę… Poker się zaczyna w kucki… Patrzymy sobie w oczy, mnie żaden mięsień nie może nawet drgnąć… Stary wie, co tak naprawdę ma, ale chce sprawić radość wnukowi.

Jego oczy prześwietlają mnie mocą rentgena. Pewność „doświadczenia w handlu”. Dobry gracz o twarzy biblijnego proroka… Cyniczny uśmieszek i spokój. Słowa padają oszczędnie. Czasu mamy dużo.
Wreszcie decyduje się – palcem wskazuje mój nóż. Ma stare, chce nowe. Wysuwam lekko klingę i pokazuję reperację…. Chłopiec skamieniał…

DCF 1.0

Oczy mamy zamglone grą. Papierosa czas nastał… Od niechcenia bawię się mieczem… Wreszcie nóż odpinam, to już prawie koniec gry. Trwała ze trzydzieści minut. Wygrał każdy z nas. Stary podaje mi worek, wiem – nikt nie powinien widzieć. Chciałbym biec, ale jednak idę wolno. Gra skończy się za pagórem pustyni….
Nareszcie mogę wyjąć miecz. Właściwie pół miecza; rękojeść dosztukowana. Potu jednak na niej ze cztery pokolenia, pompon u nasady zupełnie wytarty. Pochwa jest rówieśniczką rękojeści. Klinga natomiast… Ręce mi drżą: klinga z czasów powstania mahdystów – 1883 rok… Czas opowieści o Stasiu i Nel. Może to jeden z tych sześciu mieczy, które poćwiartowały gubernatora Gordona po zdobyciu Chartumu przez derwiszów Mahdiego…

DCF 1.0

Klinga grawerowana, na środku inskrypcja: Allach Akbar. Bóg jest wielki. Księżyce tulą gwiazdę Salomona i moce sokoła…

Stal z Nadrenii – Solingen. Sprężystość klingi zapiera dech. Dzisiaj już takich nie ma. Niedługo będą plastikowe – a może tylko wirtualne…
Wiesz, czytelniku, czemu tak trudno go dźwignąć? – jest na nim narośl angielskiej krwi.

Idę. Piach stopy zasysa. Dziwnie miękko, słyszałem o ruchomych piaskach… wsysają jak bagna. Idę niemal po trzęsawisku. Krok zwalniam, szczelinami oczu przenikam oślepiające podłoże. Obudziłem lęki. Nie mam świadomości, po co mnie nogi jeszcze niosą w tę otchłań.
Pustynia zamarła, jeszcze mogę wrócić po śladach, wszystko martwe, wiatr zamilkł. Ta myśl uniosła wzrok skupiony na fałdach podłoża. Stanąłem. Linia prosta między fałdami nawarstwień pustyni a niebem. Niemożliwe – natura nie rozumie pojęć poziomu i pionu. Kąt prosty jest dla niej abstrakcją… Struna dzieli jednak na części wyliniałe błękity nieba i wibrującą żarem, przebarwioną żółć. Czyżbym oczy zamęczył potęgą piachu? Wsysa mnie to nieprawdopodobne… Idę.

Co to jest? Mur! Koniec czegoś, niewątpliwy. Czy jestem więźniem żywiołu, czy to granica mojej wolności? Uchem badam „za”… słyszę tylko swój oddech. Ręką dotykam przeszkody – parzy. Drasnąłem mieczem, uwolniłem iskry. W prawo linia granicy wnika w nieskończoność, w lewo… Pułapka czy szansa odwrotnej strony? Czemu zaraz odwrotnej, może przewrotnej?
Idę w lewo, mur zapewne powstrzymał wydmę, tak więc go pokonam… może istnieją w nim furty. Mam klucz, co otwiera… skarby pewnie! Sam właściwie jest skarbem i zamka nie potrzebuje, niczego właściwie, prócz mnie jednego… Idę.
Zmierzcha, ale dostrzegam tę potęgę – oparta o mur. Tam na nocleg stanę.
Cały susz w promieniu pięciuset metrów spaliłem na wieczorny ogień. Trzeci dzień buduję rampę z kamieni, trzy metry do struny krawędzi. Dziś osiągnę szczyt. Słońce pragnie czerwienieć… jeszcze dwa kamienie, dla wygody – nie! dla samej gry – krawędź i tak już moja. Wody haust łakomy. Wchodzę.
Siadam jak na wierzchowcu. Ale parzy… Jajka na twardo – to myśl pierwsza! Patrzę na swoją rampę i jej odbicie po drugiej stronie. Siedzę na granicy lustra… Patrzę na swój dobytek i jego odwrotność po drugiej stronie. Lewą rękę mam nad swoją pryzmą, prawa lewą istnieje…
Mur wysysa wilgoć. Za chwilę odparuję. Tąpnęło. Drugi raz… Roztapiam mur… Nie ja, mój pot! Połowa to odwrotność wszystkiego… Spodni nie rozpinam – sikam. Sikam podwójnie istotą lustra… Tąpnęło nieźle. Już obydwiema stopami dotykam kamieni – tych, które wniosłem, i tych z odbicia dwóch natur. Obydwiema lewymi stopami… Nogi w kamienie zanurzyłem, za chwilę połączę oba zjawiska… Zaczyna wiać. Zbudziłem przeciągi? Patrzę w pryzmy, patrzę na jednoczenie kamieni… za chwilę mnie wchłoną. Właściwie jestem częścią człowieka… kamienie połową swej natury, wszystko zjawiskiem podzielone…

Ale wieje, muzyka na gwiździe pięciolinii. Piach się ruszył, kamienie osiadają. Nadążam za nimi pozycją jeźdźca. Wymoczyłem wyrwę… Za chwilę mnie zdmuchnie… W którą stronę, właściwie nieistotne. Słońce krwawi, wargi w spękaniach mam skrzepłe. Na wysokości brzucha czuję przenikanie bezładu. Po dwóch stronach szczeliny mam dwa bagaże, dwie nadzieje… Pół człowieka jestem… pół zaś odbiciem doklejone. Trzeba to podzielić….
Decyduję się… Za plecami mam mur i jego szczerbę. Kotłuję się w tym miejscu. Kim teraz jestem. Nie mam świadomości, w którą stronę stąpam. Idę i myślę o nim… który jest po tamtej… Pewnie o tym samym duma, tyle że za lustra przekorą – moje opuszczone niekompletne ciało, w rzeczywistości ludzi mami, a mnie horyzont lustra wchłania… Groteskowa zamiana. Obce wartości zdmuchnięte w niezrozumiałe byty.
Piach dziwnie skrzypi. Może jestem już przewrażliwiony, a świadomość zaczyna niepokoić resztką nieodparowanej cywilizacji… Idę.
Uczę się odwrotności swojego obrazu. Jak nieporadni jesteśmy, gdy strzyżemy się sami, obserwując nożyczki w lustrze. Bawi mnie to nawet, kiedy odruchy Pawłowa dominują nad poznaniem nowego. Lewą ręką ponaglam miecz, by kroił powietrze. Pod nogami chrzęści niewiarygodnie, chyba temperatura się podniosła i piach oszalał w tarciu mielenia. Krajobraz łagodnieje, obłe pagóry baniek, jeden za drugim, bliźniacze w swej naturze… Idę.
Śmiecie ptasim zwyczajem podfruwają parę metrów. Omijam pagóry, klucząc między nimi. Wszędzie podryguje coraz więcej śmieci… Nagle oniemiałem – to nie śmiecie! To pieniądze! Czerwone 100 zł, które ojciec przynosił do domu, gdy byłem dzieckiem… Piach też już nie istnieje! To różne monety… Głównie złote, ale i miedziaków sporo. Są też aluminiowe. One tak jęczały deptane sandałem. Rękę zabawiam rojem podłoża. Niepojęte… Pospiesznie wchodzę na szczyt góry. Coś się rusza na tym monotonnie garbatym pustkowiu – nie do wiary! to ludzie! Idę, a właściwie zbiegam w chrzęście. Pierwszą sylwetkę już wyraźnie widzę, naga, w kucki, patykiem w pagórku grzebie… Podchodzę bliżej, widzę następnych ludzi. Wszyscy nadzy, jakby przeżyli bunt ubrań. Wszyscy w monetach patykami grzebią. Sklepu szukają? Myśl, formowana kpiną, niestosowna do obrazu grozy.
Podchodzę, wypowiadam słowo pozdrowienia – nie słyszy, oczy tylko na chwilę uniósł i znów ruch patyka śledzi. Lustrem słyszy, pewnie odbiciem czyta. Jak swój język nauczyć takiej ekwilibrystyki? Jak uchem pojmować ich sylaby uwikłane w anagram… Monety też nie dzwoniły naturą metalu, prawie charczały. Moje mokre spodnie też są zapewne wyczuwane odbiciem powonienia… może nawet pachną błogo… Idę.
Są tu istot całe mrowia, wszyscy jedną czynnością zajęci, każdy patykiem w podłożu grzebie. Skąd oni te drzazgi biorą ? Wzrok przywykł do obrazu, jak zbłąkanemu w lesie – który już nie postrzega pojedynczych liści. Idę.
Nagle ktoś niesie drugiego człowieka. Niesie prawidłem absurdu, plecami styk tworzą. Zbliżają się… Zamarłem. On sam siebie niesie! Idę za nim w pewnej odległości. Dochodzimy całą trójką między zaśmiecone zwały pagórów. Tam dziwne misterium. Drewniana platforma, na jej krańcach cztery szprychowe koła… każde koło w innym kierunku osadzone. Konstrukcja może się tylko kręcić! Końce przytwierdzonych do niej sznurów ludzie ciągną w różnych kierunkach… Konstrukcja zastygła mocą rozciągania. Mój przewodnik zrzuca bagaż, we dwóch dłonie zaciskają na końcu wolnej liny – już ciągną. Podchodzę bliżej, platforma nie jest pusta. Coś migoce deformacją skrzenia… To ogromy szkła… jeszcze kilka kroków… to szklana rzeźba dorodnego buhaja! Cały mieni się swoją przezroczystością. W refleksach podłoża przywodzi na myśl złotego cielca. Modlitwa ludzkiego wysiłku syci się bezruchem… Oczami chłonę trwanie i wysiłek. Nie dzieje się nic więcej… Czas odejść, zanurzyć się w zwały nominałów… Idę.
Krajobraz doskonale monotonny. Przywykłem do pracowitego mrowia, nie widzę zwierząt. Mogłyby też pagóry drążyć, pomóc. Powodu pewnie nie mają albo dawno zjedzone.
W dolinach czasami misteria. Daleko. Nie podchodzę do nich. Wiem, że nie zaburzam ich przyczyny, ale jakoś dziwnie tak patrzeć obcymi oczami. Obserwować bez zrozumienia, samą przyjemnością podglądania. Beznamiętnie wlepiam wzrok w monetarne podłoże. Widzę dwa widelce zespolone swymi widłami jak ręce do modlitwy… Nawet nie stanąłem. Idę.
Dzień wlecze się w nieskończoność… Pić mi się nie chce, głodu nie czuję, nie wiem nawet, co to znużenie. Zastanawiam się, czy jeszcze jestem realny. Chyba tak, nie mam swojego patyka i chęci grzebania. Obcy…
Wzrok uniosłem i skamieniałem… Siebie widzę! Podchodzę bliżej. Ściana z lustra powiela wszystko w znanym mi odwróceniu. Zatem taki jestem, jak odbicie moje. Koniec niewątpliwy lub dopiero początek? Idę wzdłuż przegrody, a właściwie dwóch nas teraz… w lewą stronę podążamy, zawsze w lewo skręcam, jeśli słusznie odczytałem mamienie odbić. Już niczego nie jestem pewien. Gawędzę z tym drugim mną, on też mówi, ale nic nie słyszę. Jestem w lustrze, a nie rozumiem jego istoty. On hologramem faktu… Jak to właściwie jest? Zniknął nagle towarzysz! Stoję przed matowym formatem furty. Wejście. Pukam w ten obszar matu. Cisza. Stukam mocno kostkami czterech palców. Odczułem ból, szczęśliwy nim jestem. Coś poczułem od… właściwie od kiedy? Cisza… Klucz! Włożyłem go w tajemnicę zamka… Nie pasuje, może jest nie od tej strony? Może przebiegłość lustra obdarowała go piętnem złomu. Wyciągam miecz, rękojeścią walę w bezduszność drzwi… Puściły, za chwilę otworzą się całe…
Rozdziawiły się nareszcie oślepiającą mgłą. Chłód oblizał moje rozgrzane ciało. Mrużę oczy, szczelinami widzę dwoje dzieci, zupełnie nagich. Chłopiec może pięć lat, dziewczynka najwyżej ze trzy, trzymają się za ręce. Za nimi Bajka Ogrodu zastygła w milczącej poezji. Wszystko skrzy się krucho, migoce. Refleksy rojami wielbią życie. Jęzor szronu wypełza przez furtkę, stopy w sandałach poczuły lód…
– Czy jesteś strażnikiem i przyszedłeś nas wygnać? – spytał nagle chłopiec.
Mrozi mnie powietrze, na dobrą chwilę zmroziły i słowa.
– Nie… – bąknąłem.
– Masz przecież miecz i rozumiesz mowę ogrodu – rzekł chłopiec.
Uśmiecham się, tuszując wstyd, i pospiesznie chowam miecz do pochwy. Mały jakby trochę się uspokoił. Uśmiechnął się prawie niezauważalnie i chce odejść z dziewczynką.
– Strasznie tu zimno – rzuciłem banalnie.
– Bo taka jest Pora – odparł rezolutnie.
Spojrzałem w ogród. Niesamowita orgia blasku. Między tą ciszą skrzenia widzę owocujące drzewo. Liście białe, jak wszystko, owoce jednak soczyście nabrzmiałe oranżem… kątem oka wyczułem wyraźny ruch dzieci.
– Zaczekaj, chłopcze. Jak wyjść poza tamten mur? – spytałem.
– Po co chcesz wyjść poza tamten mur? Tam jest Śmierć – wyszeptał.
Twarz mam lodowatą, nogi skostniałe i rozgrzane plecy… Próbuję zebrać myśli. Dzieciom nie jest zimno, nie rozumieją zmarzliny.
– Nie pytałem, co tam jest, tylko jak się tam dostać – staram się mówić bardzo poważnie, traktując dzieciaka jak dorosłego.
Wypełzły przed furtę jęzor szronu zaczyna zamarzać. Podnoszę nogi, aby to jarzmo mnie nie uwięziło…
–    Nie ma wyjścia w tamtym murze – odpowiada mały i znowu chce odejść, lekkim szarpnięciem dając znak dziewczynce.
–      Gdzie strażnik z mieczem miałby was wygnać? – pytam.
–      Tam właśnie, za mur – odparł chłopiec i oddalił się, ponaglając małą.

Nie mam swojego patyka, dostępu do misteriów także… Obcy i tyle. Pozostała wiara.
Sam siebie wygnać muszę za mur. Sam zgrzeszyć i sam siebie ukarać.
Chwilę patrzyłem za dziećmi, póki ogród nie wchłonął malców zupełnie. Zeskoczyłem z lodowatego liszaja. Dysząc, oparłem się plecami o lustro przegrody… Patrzę na złote bąble krajobrazu niknące na horyzoncie, na istoty jak krosty, które trwonią cienie na wzdęciach… Muszę odtajać. Furta pragnie się domknąć, lodu moc nie pozwala… Nagle czuję, że nie jestem sam. Drugie plecy do moich przywarte… Olśnienie! Tak się nosi samego siebie! Z lustra trzeba pobrać i nieść. Furta kruszy lód, jęzor dostaje pomoc z żaru pustyni… jeszcze chwila, a ulegnie…
Muzyką są mi teraz zgrzyty furty i lodu. Dobyłem miecza, już przez ogród biegnę. Powietrze mrozi płuca, które chyba zakrzepły. Okrzyk soplem wypluwam. Prawie tuż przede mną drzewo i jego owoce. Gruba, oszroniona lina oplata konar… Tnę pierwszy z brzegu owoc… Deszcz monet mnie poraził. W linie żywą źrenicą rozbłysło oko. Ziemia drgnęła. Słyszę wycie. Zbudziłem moce! Już węszę ogień i olbrzymy lodu… Monety bębnią po mojej głowie… Cios potężny w nic mnie przenosi, oderwał nogi od sterczyn traw zakrzepłych… Ciemno tuli…
Leżę na piasku. Moje tobołki kilka kroków dalej. Bukłak zwilżył piasek. Miecz sterczy skośnie jak gnomon słonecznego zegara. Każda komórka bólem mnie informuje, że jest. Sen? Majaki? Odwracam głowę. Mur wnika w nieskończoność. Spoglądam za plecy. Wyrwa zarosła strupem bezładu. Kamienie – pamiętające mój pot – już zasnęły w anarchii. Moszczę sobie wygodniejszą pozycję… coś przesunęło się po moim brzuchu. Ręką dopadam intruza. To złota moneta! Relief na niej nieczytelny. Nominał tajemnicą skryty. Bezimienna. Obracam w palcach krążek, powracam myślami do ogrodu. Czegoś dotknąłem chwilę temu? Szorstko pod opuszkami – pieniądz stracił barwę, topnieje śmiercią śniedzi, gubi kształt owalu… Patrzę na jego agonię.
Chłopiec miał rację. Zapaliłem papierosa …
Kiedy się podniosłem, moneta była już tylko drobinami pyłu. Oddałem ją pustyni. Z bukłaka wody łapczywy łyk. Jakże radośnie – znów jestem ułomny. Słońce wyznacza kierunki. Stamtąd przyszedłem – ze wschodu. Pierwszy krok z trudem, ale znowu na zachód stawiam.

Anno Domini MMX
Fotografie: autor

Chochoł.

 

Dodaj komentarz