Odkrycie z Gammai
Wieloletni mój przyjaciel prof. dr Piotr O. Scholz, niezmordowany uniwersytecki pedagog na katedrach Historii Sztuki (nie tylko w Polsce), wielki erudyta i płodny eseista naukowy, zwrócił się od mnie z palącym problemem.
Wieloletni mój przyjaciel prof. dr Piotr O. Scholz, niezmordowany uniwersytecki pedagog na katedrach Historii Sztuki (nie tylko w Polsce), wielki erudyta i płodny eseista naukowy, zwrócił się od mnie z palącym problemem.
Zaproponowałem krzyż, który ma perspektywę nierealną, wynikającą jedynie z nacięć płaszczyzny (kamieniarsko). Jest formą przestrzenną i płaską jednocześnie. Pragnąłem osiągnąć tą iluzyjną deformacją swoisty „skręt” wypaczony w niepokój, choć to tylko dwa skrzyżowane elementy, czyste, bez ozdób.
Bywają momenty przekorą kraszone. Nic się wtedy nie liczy, tylko przyczajony, wewnętrzny demon. Będzie zatem o „Upadku pod Krzyżem”, a właściwie o dwóch upadkach – rok 2005.
Tym razem inicjatorką była moja niedoszła teściowa, matka Muzy Ewy. Wyznawała prawosławie i miała gdzieś w podlaskim krajobrazie kwaterę rodzinną.
Z wielkimi oporami podejmuję się projektowania wnętrz. Dawniej, kiedy pisklęta w Gnieździe miały jeszcze żółte, wrzaskliwe dzióbki, wnętrza były nagminnymi zleceniami. Zapewne nastąpił swoisty przesyt.
Rok 2009. Niemożliwym było mignąć się od „okrasy graficznej” przedsięwzięcia. Dwaj młodzi, bardzo zdolni mężczyźni (pan K. i pan S.) mieli wielkie poparcie moich przyjaciół. Oddawali środowisku pożyteczne usługi, frunąc niemalże w labiryntach bankowości.
Matka mojego Syna, Gabriela Chmiel, z którą przeżywałem amplitudą wspaniałe wzloty i egzaltacje, a często ekonomiczne niedobory egzystencji - osiadła w Holandii. Prowadzi tam własną firmę konserwatorską Kunstrestauratie Gabriela.
Rok 2004. Nieco przydławił mnie problem. Nowa aranżacja rozległego mieszkania na warszawskim Żoliborzu, tworzona kilka miesięcy w imię iskrzącego się optymizmu Mecenasa W. - utknęła nagle. Nie uchodziło pozostawić nowego przyjaciela i podążyć w piaski pustyni, mimo karlejącego czasu do odlotu w „ciepłe kraje”.
Rok 1999. Ostatni bojownik ekranu Maciej K. próbuje reanimować postępującą agonię Kina Ochota. Onego czasu budynek osiąga 49 rok istnienia. Z szacunku do przeszłości, ale też i ze względu na realia finansowe nie ingeruje się w architektoniczny modernizm z lat 30-tych, jak i w oryginalny „przepych” wystroju socrealistycznego z 1955 r.